poniedziałek, 21 października 2013

Atak Zjednoczenia Trzech Pierdolonych Szóstek


Doc nie czuje się ostatnio dobrze, psychicznie ani fizycznie. Można wręcz rzec, iż czuje się bardzo kiepsko. Aż tu nagle w ciemności, gęstej jak stopiony asfalt, pojawiło się całkiem konkretne światło...to przedni reflektor maszyny ostatecznej destrukcji! Maszyna całym impetem jebła w udręczony łeb Doca, powodując korzystne przestawienie się klepek.

A imię jej: Onslaught „VI”.

Niemłodzi Angole nagrali (szósty w karierze, jak się zapewne domyślacie) zabójczy album. Zabójczy, czyli świetny, zróżnicowany. Zabójczy, czyli potężny i intensywny, pełen siły, której takim weteranom można tylko pozazdrościć. Zabójczy, czyli pokazujący konsekwencję Onslaught w rozwoju swej sztuki, ich ewolucję przy coraz bardziej intensywnym przekazie.

Od powrotu w 2007 r., po prawie 20 latach niebytu, dopieprzyli ludzkości już trzema atomowymi płytami. Od razu było widać, że nie wrócili by pitolić tylko chcą niszczyć. Kolejne albumy po reaktywacji są coraz cięższe (zabawne, bo trzy nagrane przed rozpadem były stopniowo coraz lżejsze). Onslaught pokazuje, że w sensie ducha i feelingu jest wciąż na etapie „Power From Hell”. Tylko że teraz potrafi uwolnić diabła umiejętniej niż wtedy.

Brzmienie jest...zabójcze. Słychać pokrewieństwo w tej kwestii ze szkołą szwedzką – miks został wykonany w Sztokholmie przez Thomasa Johanssona. Sprytnie, ciekawie pomyślane. Sound jest oryginalny, zwłaszcza jak na thrash. Do tego brudny, obleśny wręcz, przywołuje wyobrażenie rozpadających się pod ogniem miniguna gnijących zombiaków. Jednocześnie dziwnie przejrzysty i dość selektywny, by było słychać wszystkie muzyczne pomysły Angoli. Podkreśla megaagresywny charakter muzyki, sprawia, że maszyna ostatecznej destrukcji zieje siarką i ogniem. Produkcja jest dziełem Onslaught, co świadczy o wszechstronnym realizowaniu własnej koncepcji zespołu...zabójczej!

W muzyce dzieje się tyle, ile powinno. Pomysłów aranżacyjnych, kompozycyjnych nie brakuje. Każdy track ma własny charakter. Godne podziwu, grając tak ekstremalny thrash panowie tak świetnie zróżnicowali utwory. Już przy pierwszym przesłuchaniu płyty na początku każdego utworu Doc zastanawiał się, czym ciekawym mu teraz przyjebią.

W sensie stylistycznym mamy tu brutalny thrash metal. Mimo, że Brytole nie starają forsować naddźwiękowego tempa (choć to też znakomicie im wychodzi) jest tu intensywny i gęsty niczym magma czad. Słychać oczywiście pokrewieństwa ze stylem innych ostrych thrashowych załóg. W opinii Doca, najwięcej tu nawiązań do Slayera z okresu, powiedzmy, „Seasons In the Abyss”. Ale dopatrzyć się można w tej muzie wspólnych genów i z Kreatorem, i z Destruction, i z Exodusem. Ale Doc jest święcie przekonany, że Onslaught puszcza oko do współbraci celowo i z premedytacją. Bo nie ulega wątpliwości, kto to gra. Po powrocie panowie wypracowali styl nowego Onslaught, który jest ewidentną pochodną ich dawnego, archaicznego oblicza z „Power From Hell” i „The Force” ale i zawiera mnóstwo nowych patentów. Zajebistych, bo nawiązujących do klasyki gatunku a jednocześnie mających wypalone gorącym (rozgrzanym w jeziorze płonącej w piekle siarki) żelazem piętno ONSLAUGHT na każdej nucie. Zajebiście też wpletli do swojego klasycznego napierdalania nowoczesne patenty. Chwilami duch np. Pantery wystawia łeb zza pleców angielskich demonów. Ale oni umiejętnie tego ducha zaprosili do swojego królestwa, aby pokazał im co się zmieniło przez dwie dekady ich hibernacji...wysłuchali jego opowieści o nowoczesnym napierdalaniu i włączyli do swojej thrashowej sagi dokładnie tyle, ile chcieli.

Posłuchajcie sobie „VI” a potem „World Painted Blood” Slayera. Przy dozgonnej miłości do Slayera, Doc nie wątpliwości, że w razie wspólnej trasy, to Kalifornijczycy powinni supportować demony Albionu!

Póki co, będą w listopadzie w Warszawie. Doc widział ich w tym roku na Metalfest, ale to był godzinny set w świetle dnia. Mimo to pokazali potężną moc. Teraz będą headlinerem trasy, grając nocą w pełnym ludzi klubie...Doc przewiduje liczne siniaki i zadrapania na swym ciele...





czwartek, 10 października 2013

Kopanie leżącego



Doc nie jest zwolennikiem kopania leżącego. Gdy ktoś się już potknie o własne nogi, wypierdoli na glebę i unurza w gnoju, zostanie potępiony i skomentowany publicznie do usrania. Wśród komentatorów zawsze znajdą się tacy, którzy wypowiedzą pogląd Doca, więc on sam nie musi wrzucać swego kamyczka.
No ale teraz jednak Doc musi.
Będąc zwolennikiem tzw. „kultury Zachodu”, Doc nie może zamknąć paszczy po ostatnich wybrykach panów biskupów. Doca rodzima kultura powstała na fundamentach nauki Jezusa. On otworzył ludziom oczy na wartości humanistyczne, zwrócił uwagę na konieczność dbania o współczłonków wspólnoty jak o siebie samego. Zalecił budowanie społeczeństwa na zasadach empatii i egalitaryzmu, co w jego czasach było ekscentrycznym i trudnym do pojęcia podejściem. Okazało się jednak, że wspólnoty chrześcijańskie, zbudowane na jezusowych zasadach, urosły w siłę na tyle, że z niszowej sekty zamieniły się w potęgę rządzącą imperium rzymskim.
No i zaczęły się problemy. Chrześcijaństwo przestało być duchową siłą, zapewniającą wyznawcom ulgę w codziennych zmaganiach z życiem i promującą wzajemne wsparcie. W średniowieczu zmieniło się w system operacyjny na usługach globalnej polityki. Wykorzystano je do budowy struktur władzy i kontrolowania społeczeństw. W krótkim czasie z nauki Jezusa pozostały tylko enigmatyczne dla mas słowa Biblii, które rządzący interpretowali na własną modłę i wykorzystywali do umacniania swojej władzy.
Tak było przez stulecia. Tak zwany Kościół Powszechny z wyrozumiałego i troskliwego opiekuna zmienił się w autorytarnego, chciwego, zdegenerowanego władcę. Jakby samej władzy i majątku było mało, celibat (wymuszony przecież kwestiami czysto materialnymi) oraz anachroniczny patriarchat zrobił z Kościoła dobre środowisko do seksualnych nadużyć. Struktury kościelne umocowały się ponad społeczeństwem, występowały jako prawodawca, prawa egzekutor, oraz uniwersalny doradca. W ten sposób oderwały się te struktury od rzeczywistości, postrzegając masę wiernych jako swój zasób, z którego mogą korzystać do woli. Co się w takich sytuacjach dzieje, wiemy. Lasy i morza też uchodziły za taki zasób...
I tu nagle i niespodziewanie (dla panów w kieckach) doszło do rewolucji informacyjnej. Ludzie uzyskali nieograniczony dostęp do informacji i możliwość swobodnego kształtowania poglądów. Czasy, kiedy kazanie było głównym źródłem wiedzy zaś ludzie nie przemieszczali się dalej niż 10 km od domu w ciągu całego życia, minęły. Co za tym idzie, możliwość zamiatania brudów pod dywan, zamykania śmierdzących trupów w szafach też minęła. Nie da się już ludziom wmówić, że nie ma brudu, nie ma smrodu bo po przykryciu go sutanną brud przestaje istnieć a smród spod sutanny to aromat lawendowy.
Wydaje się, że rozumie to papież Franciszek. Pewnym jest, że nie rozumie tego episkopat Kaczogrodu. Dlaczego te zgredy nie pojmują, że zniechęcają swoje owieczki do pozostania w stadzie? Ludzie poszukują przewodnictwa duchowego i moralnego. Byłoby świetnie, gdyby szli za nauką Jezusa, zwłaszcza umiejętnie dostosowaną do współczesnych realiów. No ale ci, którzy uważają siebie za kontynuatorów jego dzieła...bardziej przypominają Komitet Centralny PZPR niż prawdziwych pasterzy dusz...

https://www.youtube.com/watch?v=dmYUA1XPchU

P.S.: Tekst tego  tracka znajdziecie na jutjubie pod oknem video.