Doc nie czuje się ostatnio dobrze, psychicznie ani fizycznie. Można wręcz rzec, iż czuje się bardzo kiepsko. Aż tu nagle w ciemności, gęstej jak stopiony asfalt, pojawiło się całkiem konkretne światło...to przedni reflektor maszyny ostatecznej destrukcji! Maszyna całym impetem jebła w udręczony łeb Doca, powodując korzystne przestawienie się klepek.
A imię jej: Onslaught „VI”.
Niemłodzi Angole nagrali (szósty w
karierze, jak się zapewne domyślacie) zabójczy album. Zabójczy,
czyli świetny, zróżnicowany. Zabójczy, czyli potężny i
intensywny, pełen siły, której takim weteranom można tylko
pozazdrościć. Zabójczy, czyli pokazujący konsekwencję Onslaught
w rozwoju swej sztuki, ich ewolucję przy coraz bardziej intensywnym
przekazie.
Od powrotu w 2007 r., po prawie 20
latach niebytu, dopieprzyli ludzkości już trzema atomowymi płytami.
Od razu było widać, że nie wrócili by pitolić tylko chcą
niszczyć. Kolejne albumy po reaktywacji są coraz cięższe
(zabawne, bo trzy nagrane przed rozpadem były stopniowo coraz
lżejsze). Onslaught pokazuje, że w sensie ducha i feelingu jest
wciąż na etapie „Power From Hell”. Tylko że teraz potrafi
uwolnić diabła umiejętniej niż wtedy.
Brzmienie jest...zabójcze. Słychać
pokrewieństwo w tej kwestii ze szkołą szwedzką – miks został
wykonany w Sztokholmie przez Thomasa Johanssona. Sprytnie, ciekawie
pomyślane. Sound jest oryginalny, zwłaszcza jak na thrash. Do tego
brudny, obleśny wręcz, przywołuje wyobrażenie rozpadających się
pod ogniem miniguna gnijących zombiaków. Jednocześnie dziwnie
przejrzysty i dość selektywny, by było słychać wszystkie
muzyczne pomysły Angoli. Podkreśla megaagresywny charakter muzyki,
sprawia, że maszyna ostatecznej destrukcji zieje siarką i ogniem. Produkcja jest dziełem Onslaught, co świadczy o wszechstronnym realizowaniu własnej koncepcji zespołu...zabójczej!
W muzyce dzieje się tyle, ile powinno.
Pomysłów aranżacyjnych, kompozycyjnych nie brakuje. Każdy track
ma własny charakter. Godne podziwu, grając tak ekstremalny thrash
panowie tak świetnie zróżnicowali utwory. Już przy pierwszym
przesłuchaniu płyty na początku każdego utworu Doc zastanawiał
się, czym ciekawym mu teraz przyjebią.
W sensie stylistycznym mamy tu brutalny
thrash metal. Mimo, że Brytole nie starają forsować naddźwiękowego
tempa (choć to też znakomicie im wychodzi) jest tu intensywny i
gęsty niczym magma czad. Słychać oczywiście pokrewieństwa ze
stylem innych ostrych thrashowych załóg. W opinii Doca, najwięcej
tu nawiązań do Slayera z okresu, powiedzmy, „Seasons In the
Abyss”. Ale dopatrzyć się można w tej muzie wspólnych genów i
z Kreatorem, i z Destruction, i z Exodusem. Ale Doc jest święcie
przekonany, że Onslaught puszcza oko do współbraci celowo i z
premedytacją. Bo nie ulega wątpliwości, kto to gra. Po powrocie
panowie wypracowali styl nowego Onslaught, który jest ewidentną
pochodną ich dawnego, archaicznego oblicza z „Power From Hell” i
„The Force” ale i zawiera mnóstwo nowych patentów. Zajebistych,
bo nawiązujących do klasyki gatunku a jednocześnie mających
wypalone gorącym (rozgrzanym w jeziorze płonącej w piekle siarki)
żelazem piętno ONSLAUGHT na każdej nucie. Zajebiście też wpletli
do swojego klasycznego napierdalania nowoczesne patenty. Chwilami
duch np. Pantery wystawia łeb zza pleców angielskich demonów. Ale
oni umiejętnie tego ducha zaprosili do swojego królestwa, aby
pokazał im co się zmieniło przez dwie dekady ich
hibernacji...wysłuchali jego opowieści o nowoczesnym napierdalaniu
i włączyli do swojej thrashowej sagi dokładnie tyle, ile chcieli.
Posłuchajcie sobie „VI” a potem
„World Painted Blood” Slayera. Przy dozgonnej miłości do
Slayera, Doc nie wątpliwości, że w razie wspólnej trasy, to
Kalifornijczycy powinni supportować demony Albionu!
Póki co, będą w listopadzie w
Warszawie. Doc widział ich w tym roku na Metalfest, ale to był
godzinny set w świetle dnia. Mimo to pokazali potężną moc. Teraz
będą headlinerem trasy, grając nocą w pełnym ludzi klubie...Doc
przewiduje liczne siniaki i zadrapania na swym ciele...