sobota, 21 września 2013

Super Sonic Sabbath



 Doca podjarały dwie rzeczy, powiązane ze sobą...do tego stopnia, że będąc dorosłym facetem, popłakał się ze wzruszenia!

Numer jeden, to brzmienie muzyki z Galaxy S4. Ten supernowoczesny gadżet ma swoje (mówiąc językiem niektórych polityków) plusy dodatnie i plusy ujemne. O ujemnych opowiadać Doc nie będzie. Ale jakość dźwięku....ludzie, Shangri-La! Eldorado! Eden!
Doc posiadał bardzo, bardzo wiele mobilnych odtwarzaczy muzyki. W epoce paleolitu dostał od ciotki z USA walkmana (i to dobrego!) - wtedy w Polsce prawie nikt czegoś takiego nie miał. Potem miał inne walkmany, discmany, różne mptrójki (w tym iPoda), testował urządzenia znajomych. Oprócz odtwarzaczy, uszy Doca raczył szeroki wybór słuchawek różnych producentów.
Zawsze w ruchu był korektor graficzny. Doc musiał kombinować suwakami, żeby mjuzik zabrzmiał dla Doca dobrze albo choć zbliżył się brzmieniowo do docowych oczekiwań. Zazwyczaj Doc uznawał sprzęt za przereklamowany albo brzmieniowo nie pasujący do docowego gustu. A to za mało basu, a to za mało środka (i gitar nie słychać) a to za mało dynamiki...Doc wciąż narzekał, jak babcie na lekarzy w pobliskiej przychodni.
A urządzenie Samsunga...no, ludzie...Doc nie tknął korektora!..czego by nie słuchał, to cwane urządzenie dostarczało świetnego brzmienia! I słuchawki, choć obrzydliwie białe, grają bajkowo. Doc próbował kilku innych (zwłaszcza bajeranckich, czarnych modeli Sony, które Doc wcześniej bardzo cenił)...i okazało się, że białe Samsungi są na topie. Okazały się też odporne - przeżyły bez uszczerbku przypadkowe wypranie w kieszeni bojówek na programie do bawełny, co prawda tylko na 30 stopni.... Wracając do telefonu, ma sprytną funkcję dostosowania brzmienia do specyfiki słuchu użytkownika...S4 generuje buczenia o różnej głośności i w różnych częstotliwościach, pytając za każdym razem Doca, czy słyszy. Procedura trwa dość długo. Doc uaktywnił ją z ciekawości, uważając za kolejny, absurdalny, niedopracowany pseudo-smart wirtualny gadżet. Zaś rezultat był niesamowity – muzyka zabrzmiała jeszcze lepiej (a już przedtem Doc był pod wrażeniem).
Zajebisty odtwarzacz z tego Galaxy S4, nie ma co!

.dygresja – w TV właśnie leci „Transporter”, głupi film, ale pod litery leci cover „Working Man” Rush z pierwszej płyty, słaby w porównaniu z oryginałem ale kurwa mimo to nienajgorszy wybór!...

Numer dwa nazywa się Black Sabbath „13”. Sabbs to muzyczni idole Doca. Oni wynaleźli i zdefiniowali heavy metal. Nie tylko wymyślili nowy rodzaj muzycznej wrażliwości (lub jej brak jako nową jakość) ale jeszcze pisali świetne utwory. W początkowym okresie toporne, ciężkie, uproszczone i brzydkie...a mimo tego, w dziwny sposób melodyjne i chwytliwe. W dalszym etapie kariery, tracki stały się bardziej wyrafinowane i progresywne, nie tracąc wcześniejszych cech. Łączyli sprzeczności, utalentowani skurwiele, zawsze jednak kładąc nacisk na ciężar i czad.
Rożne koleje miała późniejsza kariera Sabbathów. Zmieniały się składy, constansem był Tony. Po okresie klasycznym bywało lepiej lub gorzej, czasem wybitnie, czasem słabiutko. I nagle teraz ta reaktywacja prawie klasycznego składu - Bill nie dał rady, trudno (w końcu okazało się, że to jednak dobrze).
Doc bał się słuchać tej nowej płyty. Obawiał się zagrań pod publiczkę, słabego poziomu kompozycji, nieudolnych prób reanimacji duchów przeszłości, przerostu formy nad treścią, swądu stęchlizny i ogólnej degrengolady, osłabienia legendy.
Ostatecznie, zgraną na Galaxy S4 „Trzynastkę” Doc zapuścił sobie, idąc w słoneczny dzień na plażę w Orłowie. Pomyślał, że w takim letnim klimacie, spokojnie weźmie na klatę rozczarowanie, najwyżej westchnie ze smutkiem, puści sobie coś innego i będzie cieszyć się słońcem oraz wspaniałym brzmieniem Samsunga...a tu nagle...wiecie co?...dobrze, kurwa, że Doc zakupił sobie takie duże, bardzo ciemne Ray Bany. Bo...jak oni zaczęli grać (a Doc słyszał ich świetnie na swoim mobilnym Hi Fi)...chłopak rozpłakał się ze wzruszenia. Naprawdę. Łzy poleciały Docowi z oczu. Prawdziwe łzy, Doc kurwa nie mógł ich powstrzymać, takie emocje wzbudziła nowa twórczość Black Sabbath.
Zagrali fantastycznie. Odżyły klimaty „Sabbath Bloody Sabbath”. Jednocześnie, w tej muzyce słychać upływ czasu...ale to nie jest spróchniała starość. To jest szlachetność, jak leżakowanie świetnego wina w dębowych beczkach. Są riffy i ciężar żywcem wyjęte ze starych płyt. Są progresywne pomysły wprost z „Sabbath Bloody Sabbath”. Jest demoniczno – rockandrollowy klimat ze wszystkich pierwszych pięciu płyt. Są zajebiaszcze teksty. Kompozycje, które nie ustępują tym z dawnych czasów – dobre, chwytliwe piosenki!...a do tego ciężkie i diaboliczne, naprawdę takie a nie pozowane na diaboliczne i ciężkie...Nie brakuje też odniesień do starych utworów. Czasem słychać wręcz cytaty z „Planet Caravan”, „Black Sabbath” czy innych arcydzieł. Ale nie ma mowy o autoplagiacie!....hehehe, Diabeł znowu przemówił przez Tony'ego, Geezera i Ozzy'ego...właśnie, Geezer!
Kurde, ten facet pokazuje, na czym polega charakter kapeli. Każdy wie, wokal Ozzy'ego, riffy i solówki Tony'ego. A bas Geezera?? Wsłuchajcie się w starą muzykę Sabbs a później w „Trzynastkę”. Ten artysta gra w swoim, niepowtarzalnym stylu. Jak Lemmy, Geezer jest basistą, którego grę od razu rozpoznasz, o ile masz minimum osłuchania i pojęcia o łojeniu. A na „13” pokazał swój geniusz w całej okazałości. Jego unikalny styl jest nieodłączną częścią klasycznego brzmienia Black Sabbath. I wiecie co? Geezer czadzi na swoim basie tak jak tylko on potrafi. Ten piekielny bulgot, który wydobywa ze swoich czterech strun, to prawdziwe dzieło Rogatego. Czort przemawia przez łapy Butlera. Jest wielu basistów ze swoim stylem ale styl Geezera jest kurwa stylem Geezera i prawdziwy, klasyczny Sabbs nie obejdzie się bez niego (a na przykład bez Billa na bębnach obejdzie się bez trudu).
I riffy...Tony gra chwilami tak jak wtedy, gdy miał 20 lat..,a czasem tak, jakby miał ich 80...nie jest zgrzybiały, zapomnijcie o takim myśleniu! Wspaniale łączy fragmenty ciężkie z jakbyakustycznymi, przechodzi od ciężaru w subtelność z wdziękiem metalowego (ale tak, jak metalowy jest rączy myśliwiec P 51 lub F 16, ciężki i lekki jednocześnie) motyla. Niektóre zagrywki są jak żywcem wyjęte ze starych płyt. Inne są świeże, jak chleb z porannego wypieku. Kolejny geniusz. Jego solówki są niepodrabialne, Iommi Style i chuj.
Ozzy jest po prostu sobą. Skrzeczy jak to on. Fuckin' prince of fuckin' darkness i fuckin' chuj. Śpiewa też trochę, znane są jego zamiłowania do balladowania, czasem rzygliwie przesłodzonego w solowych dokonaniach. A tutaj...wszystko jest po prostu na swoim miejscu.
A do tego brzmienie...proszę państwa, bajka! Produkcja świetna,proszę państwa! Wszytko słychać! Jednocześnie ma komputerowego plastiku, nie słychać żadnej obleśnej elektroniki! Selektywny, mięsisty, analogowy sound, który znakomicie słychać na doca S4...


I dlatego Doc nie mógł na plaży zdjąć swoich Ray Banów...popłakał się ze wzruszenia jak panienka!...kurwa mać..uczcie się, gwiazdy z demobilu, jak wracać po latach!...uczcie się, młodzi, jak czadzić. Black Sabbath kurwa wrócili, nie tylko jako nazwa, wrócili NAPRAWDĘ!