Doca
podjarały dwie rzeczy, powiązane ze sobą...do tego stopnia, że
będąc dorosłym facetem, popłakał się ze wzruszenia!
Numer
jeden, to brzmienie muzyki z Galaxy S4. Ten supernowoczesny gadżet
ma swoje (mówiąc językiem niektórych polityków) plusy dodatnie i
plusy ujemne. O ujemnych opowiadać Doc nie będzie. Ale jakość
dźwięku....ludzie, Shangri-La! Eldorado! Eden!
Doc
posiadał bardzo, bardzo wiele mobilnych odtwarzaczy muzyki. W epoce
paleolitu dostał od ciotki z USA walkmana (i to dobrego!) - wtedy w
Polsce prawie nikt czegoś takiego nie miał. Potem miał inne
walkmany, discmany, różne mptrójki (w tym iPoda), testował
urządzenia znajomych. Oprócz odtwarzaczy, uszy Doca raczył szeroki
wybór słuchawek różnych producentów.
Zawsze
w ruchu był korektor graficzny. Doc musiał kombinować suwakami,
żeby mjuzik zabrzmiał dla Doca dobrze albo choć zbliżył się
brzmieniowo do docowych oczekiwań. Zazwyczaj Doc uznawał sprzęt za
przereklamowany albo brzmieniowo nie pasujący do docowego gustu. A
to za mało basu, a to za mało środka (i gitar nie słychać) a to
za mało dynamiki...Doc wciąż narzekał, jak babcie na lekarzy w
pobliskiej przychodni.
A
urządzenie Samsunga...no, ludzie...Doc nie tknął korektora!..czego
by nie słuchał, to cwane urządzenie dostarczało świetnego
brzmienia! I słuchawki, choć obrzydliwie białe, grają bajkowo.
Doc próbował kilku innych (zwłaszcza bajeranckich, czarnych modeli
Sony, które Doc wcześniej bardzo cenił)...i okazało się, że
białe Samsungi są na topie. Okazały się też odporne - przeżyły
bez uszczerbku przypadkowe wypranie w kieszeni bojówek na programie
do bawełny, co prawda tylko na 30 stopni.... Wracając do telefonu,
ma sprytną funkcję dostosowania brzmienia do specyfiki słuchu
użytkownika...S4 generuje buczenia o różnej głośności i w
różnych częstotliwościach, pytając za każdym razem Doca, czy
słyszy. Procedura trwa dość długo. Doc uaktywnił ją z
ciekawości, uważając za kolejny, absurdalny, niedopracowany
pseudo-smart wirtualny gadżet. Zaś rezultat był niesamowity –
muzyka zabrzmiała jeszcze lepiej (a już przedtem Doc był pod
wrażeniem).
Zajebisty
odtwarzacz z tego Galaxy S4, nie ma co!
….dygresja
– w TV właśnie leci „Transporter”, głupi film, ale pod
litery leci cover „Working Man” Rush z pierwszej płyty, słaby w
porównaniu z oryginałem ale kurwa mimo to nienajgorszy wybór!...
Numer
dwa nazywa się Black Sabbath „13”. Sabbs to muzyczni idole Doca.
Oni wynaleźli i zdefiniowali heavy metal. Nie tylko wymyślili nowy
rodzaj muzycznej wrażliwości (lub jej brak jako nową jakość) ale
jeszcze pisali świetne utwory. W początkowym okresie toporne,
ciężkie, uproszczone i brzydkie...a mimo tego, w dziwny sposób
melodyjne i chwytliwe. W dalszym etapie kariery, tracki stały się
bardziej wyrafinowane i progresywne, nie tracąc wcześniejszych
cech. Łączyli sprzeczności, utalentowani skurwiele, zawsze jednak
kładąc nacisk na ciężar i czad.
Rożne
koleje miała późniejsza kariera Sabbathów. Zmieniały się
składy, constansem był Tony. Po okresie klasycznym bywało lepiej
lub gorzej, czasem wybitnie, czasem słabiutko. I nagle teraz ta
reaktywacja prawie klasycznego składu - Bill nie dał rady, trudno
(w końcu okazało się, że to jednak dobrze).
Doc
bał się słuchać tej nowej płyty. Obawiał się zagrań pod
publiczkę, słabego poziomu kompozycji, nieudolnych prób reanimacji
duchów przeszłości, przerostu formy nad treścią, swądu
stęchlizny i ogólnej degrengolady, osłabienia legendy.
Ostatecznie,
zgraną na Galaxy S4 „Trzynastkę” Doc zapuścił sobie, idąc w
słoneczny dzień na plażę w Orłowie. Pomyślał, że w takim
letnim klimacie, spokojnie weźmie na klatę rozczarowanie, najwyżej
westchnie ze smutkiem, puści sobie coś innego i będzie cieszyć
się słońcem oraz wspaniałym brzmieniem Samsunga...a tu
nagle...wiecie co?...dobrze, kurwa, że Doc zakupił sobie takie
duże, bardzo ciemne Ray Bany. Bo...jak oni zaczęli grać (a Doc
słyszał ich świetnie na swoim mobilnym Hi Fi)...chłopak rozpłakał
się ze wzruszenia. Naprawdę. Łzy poleciały Docowi z oczu.
Prawdziwe łzy, Doc kurwa nie mógł ich powstrzymać, takie emocje
wzbudziła nowa twórczość Black Sabbath.
Zagrali
fantastycznie. Odżyły klimaty „Sabbath Bloody Sabbath”.
Jednocześnie, w tej muzyce słychać upływ czasu...ale to nie jest
spróchniała starość. To jest szlachetność, jak leżakowanie
świetnego wina w dębowych beczkach. Są riffy i ciężar żywcem
wyjęte ze starych płyt. Są progresywne pomysły wprost z „Sabbath
Bloody Sabbath”. Jest demoniczno – rockandrollowy klimat ze
wszystkich pierwszych pięciu płyt. Są zajebiaszcze teksty.
Kompozycje, które nie ustępują tym z dawnych czasów – dobre,
chwytliwe piosenki!...a do tego ciężkie i diaboliczne, naprawdę
takie a nie pozowane na diaboliczne i ciężkie...Nie brakuje też
odniesień do starych utworów. Czasem słychać wręcz cytaty z
„Planet Caravan”, „Black Sabbath” czy innych arcydzieł. Ale
nie ma mowy o autoplagiacie!....hehehe, Diabeł znowu przemówił
przez Tony'ego, Geezera i Ozzy'ego...właśnie, Geezer!
Kurde,
ten facet pokazuje, na czym polega charakter kapeli. Każdy wie,
wokal Ozzy'ego, riffy i solówki Tony'ego. A bas Geezera??
Wsłuchajcie się w starą muzykę Sabbs a później w „Trzynastkę”.
Ten artysta gra w swoim, niepowtarzalnym stylu. Jak Lemmy, Geezer
jest basistą, którego grę od razu rozpoznasz, o ile masz minimum
osłuchania i pojęcia o łojeniu. A na „13” pokazał swój
geniusz w całej okazałości. Jego unikalny styl jest nieodłączną
częścią klasycznego brzmienia Black Sabbath. I wiecie co? Geezer
czadzi na swoim basie tak jak tylko on potrafi. Ten piekielny bulgot,
który wydobywa ze swoich czterech strun, to prawdziwe dzieło
Rogatego. Czort przemawia przez łapy Butlera. Jest wielu basistów
ze swoim stylem ale styl Geezera jest kurwa stylem Geezera i
prawdziwy, klasyczny Sabbs nie obejdzie się bez niego (a na przykład
bez Billa na bębnach obejdzie się bez trudu).
I
riffy...Tony gra chwilami tak jak wtedy, gdy miał 20 lat..,a czasem
tak, jakby miał ich 80...nie jest zgrzybiały, zapomnijcie o takim
myśleniu! Wspaniale łączy fragmenty ciężkie z jakbyakustycznymi,
przechodzi od ciężaru w subtelność z wdziękiem metalowego (ale
tak, jak metalowy jest rączy myśliwiec P 51 lub F 16, ciężki i
lekki jednocześnie) motyla. Niektóre zagrywki są jak żywcem
wyjęte ze starych płyt. Inne są świeże, jak chleb z porannego
wypieku. Kolejny geniusz. Jego solówki są niepodrabialne, Iommi
Style i chuj.
Ozzy
jest po prostu sobą. Skrzeczy jak to on. Fuckin' prince of fuckin'
darkness i fuckin' chuj. Śpiewa też trochę, znane są jego
zamiłowania do balladowania, czasem rzygliwie przesłodzonego w
solowych dokonaniach. A tutaj...wszystko jest po prostu na swoim
miejscu.
A
do tego brzmienie...proszę państwa, bajka! Produkcja świetna,proszę
państwa! Wszytko słychać! Jednocześnie ma komputerowego plastiku,
nie słychać żadnej obleśnej elektroniki! Selektywny, mięsisty,
analogowy sound, który znakomicie słychać na doca S4...
I
dlatego Doc nie mógł na plaży zdjąć swoich Ray Banów...popłakał
się ze wzruszenia jak panienka!...kurwa mać..uczcie się, gwiazdy z
demobilu, jak wracać po latach!...uczcie się, młodzi, jak czadzić.
Black Sabbath kurwa wrócili, nie tylko jako nazwa, wrócili
NAPRAWDĘ!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz